Kopalnia „Kazimierz-Juliusz” – moje wspomnienie

kjJak to wynika z ostatnich publicznych przekazów,  dzisiejsza kopalnia węgla kamiennego „Kazimierz – Juliusz” już w najbliższych dniach ulegnie całkowitej likwidacji. Z tą i innymi, kiedyś odrębnymi kopalniami, jest związane pewne wydarzenie, które związane jest z moją rodziną.

Były to jeszcze dawne lata, odrodzonej już jednak Polski, po 1918 roku.
Mój wujek Stanisław Doros, brat mojej mamy Stefani Maszczyk, był wówczas pracownikiem księgowości kopalni „Kazimierz”. Ze rodzinnych opowieści przypominam sobie, że wówczas ta kopalnia była odrębną jednostką organizacyjną, nie połączoną jeszcze z kopalnią „Juliusz”. Podobno dyrekcja, czy niektóre tylko działy tej kopalni, mieściły się wtedy w miejscowości określanej jako Niemce (dzisiejsze Ostrowy Górnicze). A były to jeszcze takie lata – jak wspominał to mój wujek – gdy dotarcie do Kazimierza Górniczego, było ogromnie ograniczone, gdyż można się było tam tylko wtedy dostać drogą kolejową z sosnowieckiego Dworca Południowego. Jako wzięty urzędnik, zaliczający się do ścisłego grona „białych kołnierzyków” z tej kopalni, by na ściśle określony czas dojechać do pracy, każdego więc dnia, gdy tylko pozwalały na to warunki pogodowe, nawet więc też i zimową porą, dojeżdżał z Sosnowca z Osiedla Katarzyna, do miejsca swego zatrudnienia na rowerze. Był to rower wojskowy polskiej produkcji firmy Łucznik. Tę kilkukilometrową trasę wiodącą tylko w jedną stronę, pokonywał jednak w ciągu tylko jednego dnia, aż dwukrotnie,
W tamtych latach pokonanie rowerem w dwie strony, tej wielokilometrowej trasy, nie było jednak tak stosunkowo łatwe ja to jest dzisiaj. Większość bowiem drogi prowadziła wtedy polnymi ścieżkami, usianymi też niejednokrotnie kamieniami wapiennymi, niejednokrotnie więc trzeba się było też piąć stromo pod górkę, szczególnie w okolicy sosnowieckiego Pekinu. Najbardziej już znośna ubita, ale prosta wiejska droga, wiodła wtedy poprzez Klimontów. Jednak powrót już z samego Kazimierza Górniczego, szczególnie w dni niepogodowe, gdy trzeba było niemal do samego sosnowieckiego Pekinu pedałować pod górkę, wymagało już jednak od człowieka wielkiej kondycji. Kto tej kilkukilometrowej trasy nie pokonał jednak na rowerze współcześnie, to nie jest nawet sobie wyobrazić, jaką wtedy w tych odległych latach trzeba się było wykazać, wprost rowerową ekwilibrystyką i kondycją fizyczną.
Pewnego dnia wracając już z pracy został przez przypadek rozjechany przez pędzący dwukonny pojazd z kopalni „Juliusz”. Była to wtedy typowa dla sosnowieckich i zagłębiowskich terenów, wysoka, nadbudowana dodatkowymi jeszcze do tego deskami, wysokoburtowa furmanka, na domiar jeszcze do pełni załadowana węglem. W wyniku tej katastrofy, zanim wujka odtransportowano do najbliższego szpitala, który się mieścił na sosnowieckim Pekinie, to jego stan zdrowotny był już po prostu wtedy beznadziejny. Lekarze rodzinie nie rokowali więc absolutnie żadnych nadziei, by mogli tak zmasakrowanemu człowiekowi z dużym jeszcze do tego ubytkiem krwi, uratować życie.
Jeden z nich nawet wtedy z ogromną powagą oświadczył jego mamie, a mojej babci, że tylko modlitwa i cud Pana Boga, mogą jej synowi uratować życie. Co było jednak zastanawiające ?… Rower w wyniku tego wypadku został całkowicie zmiażdżony, podobnie jak umocowana na nim skórzana teczka, tylko nie został absolutnie uszkodzony znajdujący się w tej teczce obrazek z Matką Boską Częstochowską. Nawet nie uległo stłuczeniu szkło, ani nie zaobserwowano też ani jednej rysy na ramce otulającej ten obrazek (wymiary 15 x 20). Wujek po wielu miesiącach leczenia powrócił do zdrowia, jednak pozostał do końca swego życia kaleką. Ten cudowny obrazek z Matką Boską Częstochowską podarował swojej drogiej siostrze – mojej mamie.
W wyniku odszkodowania za doznany uraz w wypadku otrzymał taką masę pieniędzy, że w Pińczowie zakupił 12 mórg pola (1 morga uprawnego pola = mniej więcej 1/2 dzisiejszej powierzchni 1 hektara), kilaka mórg kryło w swych wnętrzach tak drogocenny wapienny kamień, że wykorzystywany był przez artystów do rzeźb Zakupione połacie pola podarował sprawiedliwie każdemu ze swej 7. osobowej rodzinie po równej części. Sobie natomiast nie zostawił absolutnie nic !
Cudowny obrazek przetrwał w naszej rodzinie kilkadziesiąt lat. Zaginał w 1996 roku, w trudny dla mnie wytłumaczenia sposób. W trakcie bowiem likwidacji mieszkania po nagle zmarłej mojej mamie, w wieku 88 lat.

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w systemach przetwarzania lub odzyskiwania danych, ani przekazywana w jakiejkolwiek postaci elektronicznej, odbitki kserograficznej, nagrania lub jakiejkolwiek innej bez uprzedniej pisemnej zgody autora tego artykułu.

Katowice wrzesień 2014 rok

Janusz Maszczyk

 

Dodaj komentarz

© 2011 Klub Zagłębiowski
Designed by Wpshower / Powered by WordPress